Śmiem twierdzić, że pod względem zwulgarnienia języka bijemy w Europie
absolutny rekord. I- niestety- za granicą zaczynają nas widzieć jako naród
przeklinający. Dowodem zdarzenie, jakie spotkało mnie w środku Paryża, na znanym
wszystkim ze "Stawki większej niż życie" placu Pigalle, gdzie są najlepsze
kasztany. Spacerując tam z żoną, synem, znajomymi rozmawiamy po polsku. Nagle
Murzyn, czarny jak heban, macha do nas ręką i krzyczy: "Pologne, Pologne, k...,
k...!". I to zaczyna być znak Polski na świecie.
Lubię czasami stanąć na środku rynku wrocławskiego i nie myśląc o tym, co mam
jeszcze do zrobienia, wsłuchiwać się w to, co zewsząd dolatuje do moich uszu. I
słyszę te słowa na "k", na "ch", na "p". Na rynku, w samym środku miasta! To
jest patologia. Gdybyśmy chcieli kogoś obwiniać, to na pierwszym miejscu trzeba
wymienić autorów koszmarnych widowisk, w których co drugie słowo zaczyna się na
"k" i na "p", gdzie strumieniami leje się krew, gdzie się kogoś bez przerwy
zarzyna. Straszne są też gry komputerowe, gdzie się tylko zabija,
rozstrzeliwuje, wiesza, topi, bije. A proszę zobaczyć, jak wyglądają zwiastuny
filmów. Tam nawet sceny erotyczne przegrywają z przemocą!
To jest granie na najniższych instynktach. Zawsze tak zresztą było, że
gawiedź biegła z wypiekami na twarzy na widowisko palenia na stosie czy ścinania
głowy toporem. Kiedy jako dziecko widziałem przejechanego psa, to uciekałem. A
dziś ludzie lubią biec w tym kierunku, gdzie jest krew.
Brak wyczucia stylistycznego jest dzisiaj wyraźny w języku polityków, księży,
dziennikarzy, nauczycieli. Współczesny Polak miota się od konstrukcji językowych
za wysokich na zupełnie prozaiczną sytuację do konstrukcji niedobranych. Z
jednej strony będzie na swoją towarzyszkę życia mówił "małżonka", co szeleści
protokołem dyplomatycznym, a z drugiej- w sytuacji oficjalnej- nie wstydzi się
powiedzieć, że coś "olewa", że się "wkurzył", że "opierniczył" kogoś. na
uroczystym kazaniu w dzień Bożego Ciała nie przystoi powiedzieć: "kto nie
rozumie istoty Ewangelii, ten odpada w przedbiegach". W kazaniu o prymasie
Wyszyńskim nie wypada powiedzieć: "kiedy był internowany, tak umiał zorganizować
sobie czas, że nie mógł się wyrobić". "Nie mogę się wyrobić" to ja mogę
powiedzieć do syna czy do przyjaciela, ale nie na ambonie.
Ten artykulik ukazał się w lipcowym numerze (z 1998 roku) polskiej edycji miesięcznika Reader's Digest. Ukazał się tam jako przedruk z "Cywilizacyjno-historycznego paradoksu"- rozmowy Andrzeja Pawluczuka z profesorem, która została wydana w "Plus minus Rzeczpospolitej" 13 kwietnia 1998 roku. |